niedziela, 01 stycznia 2012
Nowy Rok. Kolejny już w moim życiu. Kolejna okazja, by chociaż część spraw zacząć od nowa. Co tym razem? Kilka postanowień, chociaż kto wie, czy nie lepiej byłoby je zrobić jutro, aby nie powtórzyły losu większości postanowień noworocznych.
Po pierwsze - postanowienie jedzeniowe. Ograniczyć złe przekąski. Chwilowo daruję słodkościom, bo to byłoby za trudne, chociaż i tak będę zwalczać ochotę na nie za pomocą Wellnessa. Ale przede wszystkim chodzi o chipsy, paluszki i inne takie zdradliwe przegryzajki, które najbardziej uzależniają a do tego po prostu źle wpływają na żołądek.
Po drugie - ruchowe. W końcu zmobilizuję się do regularnego ruchu, przynajmniej raz w tygodniu. Dobrą okazją może być obiecana w pracy karta rabatowa do wielu siłowni, basenów i fitnesów. A jeśli nie to, to może jednak taniec?
Po trzecie - emocjonalne. Cieszyć się bardziej życiem, doceniać to co mam, to co mnie spotyka, zauważać dobre strony wydarzeń, nie tylko te złe. Docenić jeszcze bardziej obecność kochającego męża i naszą harmonię, to że trwamy bez większych burz i że nadal po prostu się lubimy. I dbać, by nadal tak było.
Co z tego wyniknie? Zobaczymy za 366 dni :)
środa, 30 marca 2011
Byłam dziś u koleżanki, rozmawiałyśmy trochę o mojej sytuacji i nagle ona powiedziała, że zupełeni inaczej by było, gdybym od początku była nastawiona, że będziemy dłuższy czas mieszkali z teściową. I chyba było w tym sporo racji. Gdybym przyjechała z takim nastawieniem, to pewnie od początku sprawy potoczyłyby się inaczej. A tak to byłam przekonana, że pomieszkamy tu 2-3 miesiące i się wyprowadzimy, więc niektórych spraw nie "prostowałam" od początku, nie wydawało się to konieczne. I w ten sposób prowizorka (polskim zwyczajem) przetrwała już prawie dwa lata. Dwa długie lata.
Wracając dziś do domu pomyślałam, że zupełnie inaczej wyobrażałam sobie moje życie tutaj. Przede wszystkim miało to być osobne mieszkanie, miała to być szybko znaleziona praca i zwykła codzienność. Bałam się za to jak to będzie z tym "docieraniem się", czy codzienne przebywanie ze sobą nie będzie dla nas czymś za trudnym. A tutaj niemal wszystko potoczyło się na odwrót. Jedyny plus tej sytuacji, to fakt, że między nami jest tak dobrze. Że się dogadujemy bez problemów, nie kłócimy się, nie wymawiamy sobie tego co wzajemnie dla siebie robimy. O tym chyba nawet nie marzyłam, więc tym milsza jest to niespodzianka. Gdyby tylko jeszcze udało się w końcu odetchnąć na swoim...
Jakże więc często nasze wyobrażenia o przyszłości mają się nijak do nadchodzącej rzeczywistości. I czasem to boli, czasem powoduje frustracje. Ale czasami może tak jest lepiej? Bo gdyby wszystko dało się przewidzieć, to życie byłoby nudne ;)
poniedziałek, 28 marca 2011
Zrobiło się nieco jaśniej w tej otaczającej mnie szarości. Wysłałam ostatnio kilka CV i mam nadzieję, że któreś z nich trafi na podatny grunt i uda się iść do pracy. Zmobilizowałam się ostatnio mocno do szukania, bo to po prostu jedyny sposób, aby móc sobie pozwolić (finansowo) na wyprowadzkę. Rozwijanie własnego biznesu nieco poczeka. Chociaż właściwie, niewykluczone, że akurat tym bardziej ruszy, gdy trzeba będzie się sprężać i pogodzić jedno z drugim.
Do tego ostatnio bardzo często mówiłam Mężowi o tym, że musimy się wyprowadzić, że jest mi tu bardzo źle, że nie wytrzymuję tego. I chyba On też już widzi, jak to na mnie działa. I w końcu też widzi potrzebę tej wyprowadzki.
Czasami myślę, że ta wyprowadzka stała się moją obsesją - tylko o tym ostastnio myślę, mówię (do niektórych), tylko tym żyję. Ale po prostu doszłam już do takiego momentu, że tylko ta myśl mi jakoś tu jeszcze pozwala funkcjonować. Czekam na tę wyprowadzkę bardziej chyba niż kiedyś na ślub, co jest aż dziwne, ale co chyba pokazuje jak bardzo mnie dotknęło i zmieniło to wspólne mieszkanie. Wierzę, że gdy już stąd pójdziemy to zmieni się nasze życie, że w końcu przestanę się bać o to, że ten stres źle wpłynie na nasze relacje.
Oby nastąpiło to jak najszybciej. Trzymajcie kciuki!
środa, 23 lutego 2011
Długo nie miałam motywacji, żeby tutaj coś napisać. Głównie dlatego, że niemal nic nie poszło po mojej myśli z tego, czego się spodziewałam, o czym ostatnio tu pisałam. I to wcale nie poprawia mi humoru.
Wyprowadzić się nie wyprowadziliśmy, nie dogadaliśmy się do końca z kuzynką w sprawach finansowych. A w rodzinie lepiej też chyba nie być w sytuacji niejako "pożyczania", bo ogólnie sprawy finansowe często bywają powodem rozluźnienia i ochłodzenia stosunków. Potem myśleliśmy o kredycie i kupnie mieszkania. Ale bank na razie nas nie lubi zbytnio z powodu okresowej umowy o pracę - będzie nieokreślona to możemy pogadać. A to jeszcze potrwa. I tym sposobem dalej jesteśmy w tym miejscu, w którym tkwimy od półtora roku i które od kilku ładnych miesięcy jest dla mnie powodem stresów, dołków i załamań. A czas biegnie. I pewne plany się zbliżają, a dla mnie warunkiem koniecznym do ich spełnienia jest wyprowadzka na swój kąt.
To właśnie jest temat, który mnie najbardziej dobija. Czuję się momentami tutaj uwięziona w sytuacji bez wyjścia. Nie tak to miało wyglądać... Miałam się cieszyć obecnością Męża przy mnie, przeżywaniem razem z Nim małych i dużych radości, pomagać sobie w smutkach, po prostu żyć razem, a nie tylko smucić się i dołować i tak źle czuć.
Dlaczego tak jest, że jednym wszystko jakoś się składnie układa, los im sprzyja i prostuje drogi, a inni mają wciąż pod górę, muszą martwić się o wszystko i walczyć o pomyślne rozwiązania? Ja wiem, że bardziej się wtedy docenia sukcesy, ale ileż można walczyć?
Gdzie szukać optymizmu?
czwartek, 25 listopada 2010
Długo na niego pracowałam, ostatnio poświęciłam mu wiele czasu kosztem wspólnych popołudniowych i wieczornych godzin z Mężem, ale w końcu jest - mój pierwszy sukces, czyli tytuł Menadżera. Nie było łatwo go osiągnąć, bo wymagało to najpierw poznania zasad firmy, metod rekrutacji, sposobów wspierania swojej grupy, potem wdrażania tego w życie, kilku wpadek, kilku błędów, ale były one potrzebne by zrozumieć czego naprawdę chcę. I teraz już wiem - w tym chcę się rozwijać, to będzie mój sposób na życie.
Gdy wczoraj wieczorem zobaczyłam, że ilość punktów osiągnęła wymagane minimum, to radość była wielka, aż sobie podskakiwałam, na co Mąż patrzył niemal podejrzliwie, ale i pobłażliwie. A i teraz uśmiecham się od czasu do czasu na myśl o nowym tytule :)
Do tego ruszyło się znacząco w sprawie przeprowadzki - kuzynka zmobilizowała się, by w końcu uporządkować mieszkanie, wynieść resztę zalegających tam rzeczy i prawdopodobnie w weekend pojedziemy obejrzeć mieszkanie dokładnie, dogadać się w sprawie finansów i zobaczyć co tak właściwie będzie nam jeszcze tam potrzebne na sam początek. Pewnie trochę jakiejś chemii, coś do lodówki, być może jakaś komoda, w zależności od tego co z mebli tam zostało. Bardzo się cieszę, nie mogę się doczekać już wyprowadzki, bo tu atmosfera zrobiła się niefajna, czego w sumie można było się spodziewać. Ale liczę, że po wyprowadzce, za jakiś czas, relacje się unormują i będą przyzwoite.
A dziś wieczorem trzeba będzie otworzyć jedno z naszych win i trochę poświętować :)
|
|